Ziemskie strachy i bliski Wszechświat, czyli coś na spóźnioną rocznicę
Późne lata 50. i lata 60. to najgorętszy okres zimnej wojny, wielki strach przed nuklearną zagładą, czasy kryzysu kubańskiego (październik 1962) i ogromnego przyspieszenia technologicznego napędzanego tym strachem. Radziecki „towarzysz podróży” wszedł na orbitę okołoziemską w październiku 1957 roku, w miesiąc później w swoją drogę bez powrotu wyruszyła Łajka, a w tym samym czasie na przylądku Canaveral amerykańscy dziennikarze obejrzeli sobie eksplozję rakiety Vanguard TV3 i ukuli nawet dla niej specjalne nazwy w rodzaju Stayputnik (od stay put, czyli siedź tu) lub Kaputnik.
Ta ostatnia sklejka Sputnika z niemieckim kaputt powstała dlatego, że ojcem amerykańskiego programu rakietowego był Wernher von Braun. W ostatnim dniu stycznia 1958 roku Amerykanie zdołali wreszcie wysłać swojego pierwszego satelitę na orbitę, w dwa lata później w kosmos wyruszył i wrócił Jurij Gagarin, po miesiącu „dogonił” go, choć tylko w locie suborbitalnym, Alan Shepard. Za wszystkimi wysiłkami wyścigu kosmicznego stała nie tyle duma narodowa uczestniczących w nim krajów czy też (wolne żarty) chęć poznania nieznanego, co poczucie zagrożenia, bo pierwsze próbne wystrzelenie międzykontynentalnej rakiety balistycznej miało miejsce już w sierpniu 1957 roku. Była nią R-7 Siemiorka z możliwością przenoszenia głowicy o mocy 5 MT. Na kolejnych, modyfikowanych i uzupełnianych o kolejne stopnie rakietach tego typu w Kosmos wyruszyli Sputnik, Łajka, Jurij Gagarin, wszyscy radzieccy, rosyjscy i inni kosmonauci i astronauci latający z rosyjskich kosmodromów. Niezły projekt podstawowy!
Rakiety chemiczne były i pozostają jedyną metodą wysyłania ładunków i ludzi na orbitę i dalej, ale jest to metoda daleka od ideału. Nie wybuchają już tak często, ale stosunek masy ładunku użytecznego wynoszonego na niską orbitę okołoziemską (LEO) do masy samej, skomplikowanej przecież w budowie, a równocześnie jednorazowej rakiety pozostaje w astronomicznej (dobre słowo!) proporcji jak 1 do 400–500 (radziecki Woschod, czyli zmodyfikowana R-7 plus drugi stopień, 5900 kg do 300 000 kg, nowsze rakiety Sojuz 7100–7800 kg do 300 000 kg).
Niewielką pomocą może być wynoszenie lekkich rakiet przez samoloty, tak jak w amerykańskim suborbitalnym systemie turystycznym WhiteKnightTwo – SpaceShipTwo (2012 rok?). To jednak w gruncie rzeczy niewiele zmienia, bo nadal trzeba coś spalać i wydmuchiwać w jedną stronę, by lecieć w drugą. Nic więc dziwnego, że rozważa się metody alternatywne, z czego najbliższe realizacji pozostają chyba dwie, czyli wielka armata strzelająca pociskiem z zawartością zdolną wytrzymać przeciążenia startowe oraz winda kosmiczna. To pierwsze rozwiązanie było już na bardzo zaawansowanym etapie rozwoju, ale kanadyjski konstruktor musiał w końcu szukać finansowania projektu u Saddama H. i zginął w marcu 1990 roku zastrzelony przez „nieznanych sprawców” przed swoim brukselskim mieszkaniem. To drugie, należące pozornie do kompletnie nierealnych, stało się ostatnio bardziej prawdopodobne wraz z opracowaniem ultralekkich włókien z nanorurek węglowych.
Pierwsza z lewej to R-7, pierwsza międzykontynentalna rakieta balistyczna, w kodzie NATO znana później jako SS-6 Sapwood, w wersji bojowej głowica wyglądała nieco inaczej. Kolejna to rakieta nośna Sputnika 1, start 4 października 1957 roku. Dalej Wostok Jurija Gagarina, Woschod i na końcu Sojuz, czyli wypisz, wymaluj rakiety, które obsługują teraz Międzynarodową Stację Kosmiczną. Sputnik 1 wystartował w niecałe dwa miesiące po pierwszym udanym wystrzeleniu Siemiorki z makietą głowicy termonuklearnej na cel w odległości 6000 km, ale ta ostatnia wymagała jeszcze przeprojektowania. Szybko też okazało się, że sama rakieta nie bardzo nadaje się na broń. Wielkie stanowiska startowe w Plesiecku mogły być łatwo namierzane i fotografowane przez amerykańskie U-2. Tankowanie i przygotowanie trwało 20 godzin, po czym gotowość do startu można było utrzymać tylko przez kolejne 24 godziny z uwagi na kriogeniczne paliwo. Niepraktyczne R-7 wycofano ze służby w 1968 roku.
Siergiej Pawłowicz Koroliow, twórca R-7 i całego radzieckiego programu kosmicznego, nabrał Chruszczowa, obiecując mu superbroń, podczas gdy naprawdę „bawił się w kosmos”, a jednym z dowodów jest opóźnienie, z jakim Moskwa zauważyła swój własny sukces. Wiadomość o wysłaniu Sputnika wydrukowano najpierw małą czcionką na którejś tam stronie „Prawdy”. Ze zdziwieniem odnotowano, że zachodnie media zachłystują się tym i po kilku dniach stosownie uczczono triumf radzieckiej nauki i techniki – tym razem wielkimi czcionkami i już na pierwszej stronie. Sputnik 1, znany w biurze Koroliowa jako „Prastiejszyj Sputnik 1”, był zmontowaną w miesiąc srebrną kulą z nadajnikiem i długimi wąsami anten. Ważył 83 kg – większe i ambitniejsze satelity budowano z niskim priorytetem prac, więc i sporym opóźnieniem.
Siergiej Pawłowicz Koroliow, twórca R-7 i całego radzieckiego programu kosmicznego, nabrał Chruszczowa, obiecując mu superbroń, podczas gdy naprawdę „bawił się w kosmos”, a jednym z dowodów jest opóźnienie, z jakim Moskwa zauważyła swój własny sukces. Wiadomość o wysłaniu Sputnika wydrukowano najpierw małą czcionką na którejś tam stronie „Prawdy”. Ze zdziwieniem odnotowano, że zachodnie media zachłystują się tym i po kilku dniach stosownie uczczono triumf radzieckiej nauki i techniki – tym razem wielkimi czcionkami i już na pierwszej stronie. Sputnik 1, znany w biurze Koroliowa jako „Prastiejszyj Sputnik 1”, był zmontowaną w miesiąc srebrną kulą z nadajnikiem i długimi wąsami anten. Ważył 83 kg – większe i ambitniejsze satelity budowano z niskim priorytetem prac, więc i sporym opóźnieniem.
6 grudnia 1957 roku silnik amerykańskiego Vanguarda TV3 stracił ciąg w dwie sekundy po starcie, rakieta osiadła na płycie startowej i wybuchła. 10-tonowy, 3-stopniowy Vanguard mógł wynieść 23 kg na LEO, z 11 rakiet programu (1957–59) tylko trzy dotarły ze swoim ładunkiem na orbitę.
31 stycznia 1958 roku na orbitę wszedł Explorer 1, pierwszy amerykański satelita Ziemi. Pierwszy od prawej to Wernher von Braun. Świętujący panowie trzymają w rękach pełnowymiarowy model Explorera 1, przed Braunem stoi makieta 30-tonowej, 4-stopniowej rakiety nośnej Juno 1, ładunek wynoszony na LEO to 11 kg. Różnica pomiędzy klęską a sukcesem polega tylko na tym, na który ze startów zaprosi się dziennikarzy, z sześciu rakiet Juno 1 tylko trzy wyniosły na orbitę swoje satelity.
Po zauważeniu własnego zwycięstwa w „wyścigu do gwiazd” Chruszczow zażyczył sobie ambitnej kontynuacji programu, najlepiej na 40 rocznicę rewolucji październikowej (3 listopada 1957), czyli w mniej niż miesiąc (!). W tym czasie Koroliow zaprojektował, zbudował i wysłał na orbitę półtonowego Sputnika 2, w którym poza instrumentami i nadajnikami radiowymi znajdowała się kabina z psem. Słynna Łajka nie miała nigdy powrócić, planowano eutanazję przez podanie zatrutego jedzenia po kilku dniach, ale zawiódł system kontroli temperatury w kabinie i pies zdechł po pięciu godzinach na skutek przegrzania i stresu. 19 sierpnia 1960 roku przeprowadzono trzeci próbny start rakiety w wersji załogowej Wostok (misja Kariabl-Sputnik 2). Na pokładzie znalazły się dwa psy, Biełka i Striełka oraz kilkadziesiąt myszy, zwierzęta wróciły bezpiecznie na ziemię. W rok potem Jacqueline Kennedy otrzymała jedno ze szczeniąt Striełki jako dar od ZSRR. Chruszczow uwielbiał obdarowywać zachodnich przywódców zwierzętami, ale tajne służby amerykańskie podejrzewały początkowo, że pies może mieć wszczepione mikrofony podsłuchowe.
Rakieta nośna Wostok w wersji K (8K72K) pokazywana w Ogólnorosyjskim Centrum Wystawowym w Moskwie. Dokładnie takiej użyto w pierwszym radzieckim programie załogowych lotów kosmicznych.
12 kwietnia 1961 roku Jurij Aleksiejewicz Gagarin odbył lot po orbicie satelitarnej Ziemi, okrążając ją raz w czasie 1 godziny i 48 minut.
Po ponad półwieczu układ konstrukcyjny jest identyczny jak w Siemiorce, Rosjanie zdecydowali się na wykorzystanie dużej liczby małych silników rakietowych. Sojuzy latają od 1966 roku, od 2011 roku mają także startować z Gujany Francuskiej. Na zdjęciu przygotowania do misji TMA-11 (start w październiku 2007), czyli kolejny „autobus”, który poleciał na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Zatankowana rakieta waży przy starcie 300 t, ale pusta to tylko ułamek tej masy i można ją przewozić poziomo na pojedynczym torze na miejsce startu.
Amerykańskie rozwiązanie, czyli mało silników, ale za to dużych. Wernher von Braun przy Saturnie 1B, 600 t masy startowej, 20 t ładunku na LEO, a tylko 8 silników pierwszego stopnia. Kolejna generacja, Saturn V, miała ich tylko 5, ważyła 3000 t i wynosiła na niską orbitę 120 t.
Rosjanie usiłowali dogonić Amerykanów w wyścigu na Księżyc, stosując swój stary system „dużo małych” w nowej rakiecie znanej jako N-1, czyli uruchamiając 30 (!) silników pierwszego stopnia. Masa startowa 2788 t, ładunek na LEO 90 t, cztery próbne starty w latach 1969–72 zakończone czterema katastrofami, w drugiej próbie rakieta spadła na stanowisko startowe, niszcząc je całkowicie – 2500 t paliwa i utleniacza to mała bomba atomowa. N-1 konstruowano w dużym pośpiechu, a program zakończył się spektakularnym fiaskiem, ale np. zbudowane dla niego silniki NK-33 i NK-43 uważane są za bardzo udane i niezawodne, licencję na ich produkcję zakupiły firmy amerykańskie. Doświadczenia przy budowie superciężkiego nosiciela wykorzystano potem w programie radzieckiego promu kosmicznego Energia-Buran.
Latanie na 300- czy 3000-tonowych zbiornikach z ciekłym tlenem i wodorem nie jest zajęciem bezpiecznym, ale chyba żaden z astronautów czy kosmonautów nie zginął w eksplozji rakiety nośnej. Tabliczka upamiętniająca zmarłych astronautów i kosmonautów oraz symboliczna srebrna figurka pozostawiona na Księżycu przez Davida Scotta, dowódcę załogi Apollo, w dniu 1 sierpnia 1971 roku. Jest tu już nazwisko Gagarina – zginął w 1968 roku, jest załoga Apollo 1, która zginęła w czasie treningu przed startem, jest Komarow i załoga Sojuza 11, są też nazwiska amerykańskich astronautów, którzy zginęli w czasie lotów treningowych na samolotach.
Pełnowymiarowa makieta statku kosmicznego Jurija Gagarina, Wostok 3KA, w konfiguracji, w jakiej okrążał Ziemię po orbicie. Lot nie przebiegał całkowicie bez problemów, okrągła kapsuła powrotna oddzieliła się od modułu wyposażenia dopiero po spaleniu się jakiegoś łączącego je kabla.
Start Sojuza do misji TMA-9 w 2006 roku (oczywiście wymiana załóg na ISS). Tak wygląda Siemiorka po modernizacjach i dodaniu trzeciego stopnia. Zbudowana przez Koroliowa była pierwsza, przeżyła wszystkie inne systemy i pozostaje najczęściej używaną i najbezpieczniejszą rakietą nośną na świecie.
Ostatnia wersja statku załogowego Sojuz (zdjęcie z 2006 roku, TMA-7) nie różni się zewnętrznie od pierwszej z 1967 roku, układ pozostaje ten sam, od lewej przedział załogowy, kapsuła powrotna i przedział wyposażenia.
Gigantyczna machina na potężnych linach-wstęgach, czyli efektowna, ale mocno już zdezaktualizowana wizja windy kosmicznej, bliska tej z książek scence fiction, w których awaria takiej instalacji powoduje kataklizm na Ziemi. Obecnie przedstawiana wersja to coś wielkości ciężarówki wznoszące się po „pajęczej nici” z nanorurek węglowych i czerpiące energię do tego wspinania z powierzchni planety za pośrednictwem wiązki laserowej.
Opisywane niedawne w JPTZ działo HARP Geralda Bulla. Działo okrętowe kal. 406 mm zostało wydłużone do 100 kalibrów i mogło wystrzeliwać 180-kilogramowy pocisk na wysokość 180 km. Bull planował budowę pocisków z dopalaniem rakietowym, które mogłyby osiągnąć prędkość ucieczki (9 km/s), czyli wynieść lekkie satelity (i odporne na przeciążenia przy strzale) na LEO.
Tak mógłby wyglądać Orion Interplanetarny, czyli najmniejszy z atomowych statków kosmicznych projektowanych przez Freemana Dysona i jego zespół.
Od lewej – lustro-płyta i pierwszy stopień amortyzatorów z platformą pośrednią, w centrum instalacja do wyrzucania ładunków, dalej szczudłowate amortyzatory drugiego stopnia, część przyrządowa, zbiorniki i sekcja ładunkowa z kabiną załogową na końcu. Kabina w stylu programu Apollo, ilustracja z 1999 roku, od tego czasu technologia poczyniła spore postępy, więc można tworzyć nowe wizje. Byłoby to pole do popisu dla modelarzy zafascynowanych podbojem Kosmosu i budujących modele od podstaw.
Wybór ilustracji modelarskiej do tego JPTZ był prosty, chodziło w końcu o rocznicę lotu Gagarina. Stary (1974) i nowy katalog Airfixu otwarty na stronie z modelami rakiet, obok nowy katalog Revella z „przywróconymi pamięci” modelami sprzed półwiecza, wśród nich Wostok 1 w skali 1:24. Obejrzałem zarówno rakietę nośną Airfixu w skali 1:144, jak i sam „kosmiczeskij koriabl” – ta pierwsza wygrywa bezapelacyjnie, duży model Revella może być jedynie dobrą podstawą do dłuuugiej waloryzacji i poprawiania.
Forma ma 40 lat lub więcej, a wygląda znakomicie, chyba miała długie przerwy w eksploatacji. Trzeba usunąć trochę nadlewek, kadłub rakiety i boostery skleiły się czyściutko, teraz tylko czyszczenie 20 dysz (5×4) silników głównych i ośmiu małych dysz silników sterujących.
Airfix oferuje trzy wersje ładunku – Wostoka 1, sondę księżycową Łuna 1 i wczesną wersję Sojuza. Części niewiele, więc na razie sklejam wszystko. Znalazłem proste rozwiązanie, by pokazać Wostoka poza rakietą nośną – „okno” w osłonie aerodynamicznej, przez które widać sam pojazd, zasłoniłem wytłoczką po Scorbolamidzie, to duże piguły więc i kształt prawie się zgadza. Jurij Aleksiejewicz stoi przy 10 częściach, z których powstanie jego statek kosmiczny.
Od lewej – Łuna 1, Wostok 1, po prawej trzy elementy składające się na Sojuza. Sam statek nieco za chudy, bo mieści się w zbyt grubej, polistyrenowej osłonie, a ta musi być dopasowana średnicą zewnętrzną do rakiety. Entuzjaści pierwszego „towarzysza podróży” lub militaryści marzący o 5-megatonowej głowicy na „Siódemce” także nie powinni mieć problemów z przerobieniem modelu.
Podstawka jest największą częścią, jaką wyjąłem z pudełka, a teraz cieszę się, że nie wyrzuciłem jej od razu do kosza. Model miał niewiele części, składał się szybko i bezproblemowo. Nadmiar sił włożyłem w zbudowanie platformy podświetlanej bożonarodzeniowymi LED-ami – 10 sztuk na drucie z pudełeczkiem na baterie i wyłącznikiem za całe 5 zł.
Polistyren podstawki pogrubiłem dwiema warstwami tektury, żeby łatwo osadzić LED-y. Musiałem też podwyższyć samą podstawkę – pudełko z bateriami było wyższe od niej, a ma być ukryte wewnątrz.
Nie, skądże znowu, Wostoki i Sojuzy nie były i nie są białe, choć taką sugestię zawierał np. obrazek w starym katalogu Airfixu, na biało pomalowano również Wostoka w Ogólnorosyjskim Centrum Wystawowym. Rakiety malowane są na zielono, a białe powierzchnie widoczne na zdjęciach z przygotowań do startu i z samego startu to szron pokrywający zbiorniki z kriogenicznym paliwem. Malowanie modelu rozdzielonego na części było bardzo proste, najwięcej kolorów ma na sobie sam kosmonauta, bo aż cztery, na wierzch podstawki nakleiłem papierowy „beton”.
Ostatnia okazja, by zobaczyć czerwień dysz i detal na spodzie rakiety, całość będzie wariacją na temat triumfu radzieckiej kosmonautyki z nutą dydaktyczną, czyli rakieta osobno, statek kosmiczny osobno i sam Jurij Aleksiejewicz jako skala wszechrzeczy. Nie, to nie żarty, bo choć nie pamiętam tego osobiście, to naoczni świadkowie opowiadali mi, że kult jakiejkolwiek innej osoby, z jakim spotkali się w życiu, czy byliby to Beatlesi, czy Lady Di, to niewiele w porównaniu z kultem pierwszego kosmonauty.
Pół wieku temu, czyli u progu nowej ery kosmicznej, niska skuteczność i awaryjność bardzo już przecież zaawansowanej technologii rakietowej spowodowała, że naukowcy zaczęli zastanawiać się nad możliwością okiełznania dużo efektywniejszego źródła energii. Elektrownie atomowe działały już od połowy lat 50., pierwszy okręt podwodny z napędem atomowym, USS „Nautilus” wszedł do służby w 1954 roku, ale reaktory były i pozostały tak ciężkie, że po nielicznych eksperymentach zrezygnowano z prób zastosowania ich do napędu samolotów, nie rozwijano też utopijnych projektów budowania ich w statkach kosmicznych.
Pozostawała druga, dużo bardziej nęcąca możliwość, by do napędzania tych ostatnich użyć wybuchów nuklearnych, czyli rzucać bombami atomowymi w statki kosmiczne, by poleciały w Kosmos. Pomysł nuklearnego napędu pulsacyjnego pochodził od wybitnego polskiego matematyka i fizyka teoretycznego Stanisława Ulama uczestniczącego w projektowaniu amerykańskiej bomby atomowej (projekt Manhattan), a później współtwórcy amerykańskiej bomby termojądrowej (Teller-Ulam). Wynalazek napędu nuklearnego (1947) był podobno najbardziej ulubionym pomysłem polskiego naukowca i został rozwinięty przez specjalny zespół pracujący w latach 1957–61 nad projektem Orion.
Książka, jaką ośmielam się polecić w tym miejscu Drogim Czytelnikom, ma tutuł Kosmolot i czółno, jej autorem jest Kenneth Brower, a głównymi bohaterami są Freeman Dyson i jego syn George. Ten pierwszy to wybitny fizyk teoretyczny i matematyk, m.in. specjalista inżynierii nuklearnej i laureat Nagrody Templetona. Przewodził wspomnianemu właśnie zespołowi naukowców, a w książce reprezentuje potęgę umysłu ścisłego i geniuszu naukowego pozwalającego nam sięgać gwiazd, podczas gdy jego syn zdecydował się mieszkać w domku na drzewie w Kolumbii Brytyjskiej i przemierzać zachodnie wybrzeża Kanady i Alaski w budowanych przez siebie kajakach. Nie oznacza to bynajmniej, że szesnastoletni syn wyrzekł się świata, by pokutować za atomowe grzechy ojca. Nic podobnego, bo choć w geście odrzucenia najwybitniejszych uczelni amerykańskich na rzecz sosen i skalistych brzegów tkwił element buntu, to George Dyson budował swoje kajaki i kanu z najnowszych (wówczas) laminatów szklanych na aluminiowych szkieletach, a później, czyli w okresie nieobjętym już fabułą książki, wrócił do świata uniwersyteckiego jako historyk nauki i napisał m.in. książkę o pracach nad projektem Orion (Project Orion: The Atomic Spaceship 1957–1965).
Kosmolot na bomby
Sama zasada wymyślona przez Ulama jest bardzo prosta, ale zespół Dysona spędził 4 lata na tytanicznej pracy polegającej na opracowaniu teoretycznych podstaw i założeń konstrukcji nowych statków kosmicznych. Nie detonowano bomb atomowych, ale przeprowadzono udane eksperymenty, w których seryjne wybuchy niewielkich ładunków skutecznie napędzały modele. Np. w listopadzie 1959 roku model o średnicy 1 m wzniósł się w kontrolowanym locie na wysokość 56 m. Zakładano kilka docelowych wielkości pojazdów kosmicznych, cytowane w założeniach liczby zwalają z nóg, jedną z dwóch największych wad projektu rozwiązuje wspomniana wyżej winda, więc kto wie, może jeszcze polecimy gdzieś daleko?!
Pierwszą praktyczną wskazówką Ulama było to, że eksplozji atomowej nie da się utrzymać w jakiejś ograniczonej przestrzeni komory spalania, jak to przewidywał początkowo teoretyczny projekt… Freemana Dysona. Statek kosmiczny projektowany przez zespół Oriona miał już mieć ciężkie stalowe lustro – płytę przechwytującą energię wybuchów z niewielkich ładunków wyrzucanych seryjnie przez centralny otwór.
Meganiutonowa fala uderzeniowa bijąca w sekundowych odstępach w płytę z prędkością 30 000 m/s nadawałaby jej gigantyczne przeciążenia nawet przy ogromnej masie i chociaż odpowiednio zaprojektowana konstrukcja i wyposażenie mogłyby znieść przeciążenia do 100 G, to „orionowcy” chcieli, by ich statkiem mogli latać ludzie i w związku z tym zaprojektowano dwustopniowy system amortyzatorów, który miał „wygładzić” skoki części napędowej do stałej wartości 2 do 4 G dla części załogowej.
Podstawowy projekt statku Orion Interplanetary (międzyplanetarny) zakładał masę 4000 t, średnicę zwierciadła 40 m, wysokość całości 60 m i moc użytych ładunków 0,14 KT. Najciekawsze są oczywiście dane pozwalające porównać skuteczność napędu z klasycznymi rakietami: Orion miał zużyć 800 bomb, aby wynieść siebie i 1600 t ładunku na niską orbitę okołoziemską (LEO), ważący 3350 t „jednorazowy” Saturn V z księżycowego programu Apollo przenosił 130 t.
Posypywanie własnej planety plutonem było najważniejszą wadą projektu i jednym z powodów zarzucenia prac nad statkami Orion po wprowadzeniu podpisanego w 1963 roku Traktatu o częściowym ograniczeniu prób nuklearnych zabraniającego detonowania ładunków atomowych w atmosferze ziemskiej, w przestrzeni kosmicznej i pod wodą. Wspomniana już dwukrotnie futurystyczna winda kosmiczna mogłaby skutecznie rozwiązać ten radioaktywny problem, a zmontowany w kosmosie statek wielokrotnego użytku, który może dowieźć 800 t ładunku na orbitę Marsa i wrócić, to kusząca propozycja. Kalkulacja ta jest zresztą zaniżona, bo wliczony został start z Ziemi i konstrukcja uwzględniająca lot załogowy z oczywistymi konsekwencjami w masie amortyzatorów, więc gdyby taki pojazd miał konstrukcję modułową z opcją demontażu części amortyzatorów i części załogowej do lotów automatycznych…
Winda dystansująca Ziemię od nuklearnego statku kosmicznego rozwiązałaby także pozostałe problemy, jak np. wpływ impulsów elektromagnetycznych (EMP) na urządzenia elektroniczne. Trzeba przypomnieć, że ojczysta planeta chroni nas pasami Van Allena przed promieniowaniem kosmicznym i rozbłyskami słonecznymi, ale załogę i wyposażenie każdego statku w Kosmosie trzeba i tak zabezpieczać dodatkowymi osłonami. Oriony miałyby najskuteczniejszą tarczę przed promieniowaniem z wybuchów napędowych w postaci grubego, stalowego lustra-płyty i zapas nośności dla najsolidniejszych nawet osłon dodatkowych.
Kolejne wersje Orionów miały jeszcze lepszy stosunek masy własnej do ładunku, bo przy masie 10 000 t moc ładunków wzrastała do 0,35 KT, ale ładunek wynoszony z Ziemi (tfu, tfu, apage, to tylko tak teoretycznie dla porównania) na LEO stanowił już 61% masy statku (6100 t), a na orbitę Marsa trafiałoby 5300 t. Najbardziej ekstremalny z projektów zakładał budowę „międzygalaktycznej arki” o masie 8 000 000 t, która mogłaby już być prawdziwym miastem w kosmosie, a obliczenia wykazywały, że napędzane ładunkami termonuklearnymi Oriony mogłyby rozpędzić się do 0,1 c (10% prędkości światła) i dolecieć do najbliższej nam gwiazdy, Proximy Centauri, po 44 latach.
Zespół Dysona rozwiązał wszystkie podstawowe kwestie projektowe, wiele z nich zostało udoskonalonych w późniejszych latach przez innych naukowców, wiele wątpliwości zostało rozwianych praktycznymi obserwacjami poczynionymi w czasie naziemnych prób jądrowych. Udowodniły one np., że zużywanie się stalowego lub aluminiowego lustra-płyty absorbującej przez ablację (odparowanie) jest minimalne, bo przy projektowanej temperaturze fali uderzeniowej rzędu 67 000ºC emitowany jest głównie ultrafiolet, który nie przenika przez większość materiałów, zwłaszcza przy ciśnieniu rzędu 340 MPa, jakie występuje przy powierzchni płyty, ablację można też łatwo wyeliminować całkowicie, natryskując płytę olejem pomiędzy wybuchami. „Orioniści” planowali produkcję specjalnych i dość skomplikowanych cylindrycznych „nabojów napędowych” o masie 140 kg, ale współcześnie można już wywoływać eksplozje automatycznie produkowanych jednogramowych „pigułek atomowych” przy pomocy promienia lasera, a taki pojedynczy wybuch ma energię rzędu 10–20 t TNT.
Zobacz filmy
Launch of Sputnik, October 4, 1957
Sputnik beeps overhead, Americans in awe.
Laika trainers Sputnik-2 Спутник-2
yuri gagarin flight video
Pierwszy kosmonauta Jurij Gagarin z wizytą w Polsce.
Project Orion – To mars by A. Bomb 1993, 7 części, po angielsku