Limes Germanicus

Ave, barbarzyńcy! Wybaczcie, Drodzy Czytelnicy ale to prawda, nasz znakomity miesięcznik jest czytany przede wszystkim na dzikich, zalesionych obszarach Germanii Magna daleko poza granicami Cywilizacji, niemal tysiąc mil rzymskich za Limes Germanicus czy Limes Rhetia. Mila rzymska, od „mille passus” czyli tysiąca podwójnych (łatwiejszych do liczenia) kroków czyli „lewa, lewa, lewa… centuria śpiewa…” to 5000 rzymskich stóp czyli 1478,5 metra.

Rzym Starożytny był daleko, ślady najbliższego obozu legionowego znaleziono bodajże na terenie Czech a monety i inne znaleziska w Polsce to świadectwo obecności kupców, niekoniecznie zresztą rzymskich a tylko jeżdżących do Rzymu, którzy zapuszczali się na te tereny. W latach siedemdziesiątych zeszłego wieku uczono mnie, że przybywali „do nas” po bursztyn i futra ale pewien mądry pan z gdańskiego Historycznego tak kiedyś skomentował moją wiedzę, jak się okazało mocno zwietrzałą: „Wie pan, raczej nie do nas a TUTAJ ale rzeczywiście po NAS choć może przy okazji i po ten cały bursztyn.”


Chodziło mu o to, że Europa wypełniała się kolejnymi falami napływowymi ze Wschodu pchając poprzednie grupy narodowościowe na zachód i akurat w okresie potęgi Imperium Rzymskiego „ci stąd” czyli plemiona germańskie handlowały z kupcami z Południa przede wszystkim niewolnikami a sprzedawać swoich jakoś nie wypadało. Po „towar” wyprawiano się dalej na wschód i stąd… dość powiedzieć, że wyraz „Słowianie” oznacza dla nas ludzi „rozumiejących się nawzajem” czyli „używających słów” w odróżnieniu od „mamroczących” lub „niemych” czyli „Niemców” ale już ludy zachodnioeuropejskie jak też łacina i greka wywiodły tą nazwę od „niewolnika” (slave, Sklave, sclavus, sklábos).

Ten nadmiernie rozciągnięty wstęp do PPM ma służyć usprawiedliwieniu autora, który, choćby i długo szukał, to nie znalazłby żadnego godnego polecenia muzeum poświęconego Imperium Rzymskiemu w granicach naszej ojczyzny. Za granicą także nie było łatwo, bo najlepszą ekspozycją poświęconą Imperium Romanum, jaką do tej pory zdarzyło mi się zobaczyć była wiele, wiele lat temu… wystawa czasowa objeżdżająca Niemcy. Była, znikła a ja nie znalazłem od tej pory niczego naprawdę godnego polecenia choć byłem i w Muzeum Rzymskim w Mainz – rekonstrukcje łodzi i owszem ale poza tym kurz, i w Museo della Civilta Romana w Rzymie – wielkie, warte wizyty ale ponownie w nieco przestarzałej manierze pokazywania szacownych kamieni i gipsowych odlewów.

Mój wybór padł w końcu na fort armii rzymskiej w Saalburgu, jedyną w miarę kompletną rekonstrukcję takiej placówki w Europie, położoną w górach Taunus na linii Limes Germanica nieco na północ od współczesnego Frankfurtu nad Menem. Powstała ona na przełomie XIX i XX wieku, niedługo po zjednoczeniu państw niemieckich na polecenie Wilhelma II, bo cesarz chciał nawiązać do tradycji Rzymu Starożytnego. Jakość prac rekonstrukcyjnych nic nie straciła na tej państwowotwórczej propagandzie, bo bieg ufortyfikowanej granicy imperium przez tereny niemieckie i prace archeologiczne na terenie fortu były już prowadzone od dziesięcioleci.

Do Parku Archeologicznego Rzymski Fort Saalburg (tak brzmi pełna nazwa) dojechać można dość łatwo z Frankfurtu – linia S-bahnu S5 w kierunku Bad Homburg/ Friedrichsdorf, przystanek Bad Homburg, stamtąd autobusem linii 5 do samego fortu. Placówka otwarta jest od wtorku do niedzieli i przez cały rok oprócz 24 i 25 grudnia, w sezonie letnim od 9 do 18, w zimowym czyli od listopada do lutego od 9 do 16.

Strona internetowa fortu w Saalburgu to http://www.saalburgmuseum.de/

Tagi:

Powiązane artykuły: