Czy znacie teorię sześciu uścisków dłoni używaną do ilustrowania tzw. fenomenu małych światów? Mówi ona o tym, że dwie dowolne osoby na naszej planecie dzieli od siebie – może bardziej optymistycznie byłoby powiedzieć łączy – co najwyżej pięć osób, które kiedyś tam wymieniły uścisk dłoni. Teoria ta, jak wiele innych podobnych teorii socjologicznych, jest bardzo efektowna ale rzeczywiście niedaleka od prawdy, choć „sześć” powinno się zapewne odczytywać jako „niewiele”, a „uścisk dłoni” jako „bliski kontakt”, bo przecież łapanie się za kończyny górne nie musi być uznawaną formą powitania dla całej ludzkości. Krótki „łańcuch powitań” ilustruje się zwykle liczbą uścisków dłoni łączącą słynną osobowość ze świata polityki, nauki czy sztuki z jakąś osobą odległą geograficznie lub społecznie.
Inuita z Grenlandii mógł przywitać się z członkiem ekspedycji polarnej, w jakiś czas później uścisnął dłoń dziennikarzowi przeprowadzającemu z nim wywiad, ten ostatni był kiedyś na prywatnej audiencji u papieża – wszystkiego trzy uściski dłoni. Istnieją społeczności dość dokładnie izolowane od reszty świata ale nawet Indianin z plemion wewnętrznych z amazońskiej dżungli mógł mieć kiedyś kontakt z kimś z plemion zewnętrznych, ten z jakimś białym itd. aż do kolegi naszego Inuity, który w czasie wizyty badaczy był akurat na polowaniu na foki i nie zobaczył białego człowieka aż do końca pracowitego życia łowcy.
Teoria małych światów i bliskie połączenia pomiędzy tak różnymi ludźmi okazały się na tyle ciekawe, że stały się kanwą twórczości teatralnej i filmowej, również w Polsce. Ta sama teoria pozwoliła na odwrócenie pejoratywnego znaczenia zwrotów „układy”, „ znajomości” lub „ma się te plecy” i zastąpiła je pozytywnym „kapitałem relacyjnym”, czyli właśnie umiejętnością wykorzystania relacji osobistych w życiu zawodowym.
Znam osobiście kogoś kto znał
Postanowiłem przyjrzeć się, o, tym tutaj własnym dłoniom i przymierzyć siebie do opisywanej teorii przy czym założyłem, że uwzględnię tylko kontakty, które sam mogę łatwo prześledzić, te w zasięgu „dwóch uścisków”. Ilość takich połączeń jest gigantyczna a większości nigdy sobie nawet nie uświadomimy. Wspomniany już Indianin z Amazonii mógł się rzeczywiście stykać z ograniczoną liczbą członków swojego plemienia ale z chwilą „przeskoku” na zewnątrz liczby narastają lawinowo, szczególnie gdy śledzić ilości kontaktów tych, od których najchętniej „wyprowadzamy” połączenia, czyli od osób publicznych i sław. Znani aktorzy są stale oblegani więc ilość nowych kontaktów można liczyć w setkach dziennie. „Wiecie, dostałem wczoraj autograf od…”, szczęśliwy posiadacz autografu styka się z mniejszą ale i tak znaczną liczbą osób – nie narzuciliśmy przecież ścisłych ograniczeń czasowych – i już każdy tysiąc kontaktów wybranej pierwszej osoby można pomnożyć przez kolejną niebagatelną liczbę.
Środowisko byłych i obecnych wielkich gwiazd filmowych jest mi zapewne równie odległe jak i większości Drogich Czytelników, co zwykle oznacza co najmniej trzy potrząśnięcia prawicami ale wystarczyła chwila, bym przypomniał sobie, że i owszem, nieraz rozmawiałem osobiście ze znanymi polskimi aktorami co oznacza, że zasięg dwóch powitań łączy mnie na pewno z dużą częścią gwiazd kina – patrz wyżej. Ktoś niedawno zilustrował teorię małych światów używając przykładu współcześnie żyjącego, popularnego amerykańskiego aktora udowadniając, że miał on „kontakty drugiego stopnia” z większością aktorów w całej historii kina. To zupełnie proste bo pomimo tego, że lista analizowanych tytułów liczyła sobie 150 000, to historia kina nie jest tak długa, a każdy wspólny występ z aktorami starszej generacji dawał w kolejnym stopniu kontakt z Charlesem Chaplinem lub Elvisem Presleyem.
Wróćmy jednak do chwalipięctwa autora JPTZ, czyli do konkretnych przykładów jakie odgrzebał z pamięci – zacznijmy może od akcentów politycznych. Nie uważam, by można mi było zaliczyć bezpośrednie spotkania z urzędującym pierwszym prezydentem III RP, a w kilka lat później z byłym pierwszym prezydentem PRL, bo były to raczej otarcia się ramionami i do żadnej wymiany uprzejmości nie doszło. Rozróżnienie takie jest ważne i jeśli Szanowni Czytelnicy chcą prześledzić swoje kontakty to obawiam się, że obecności na wiecu politycznym lub koncercie nie można zaliczyć jako „kontaktu pierwszego stopnia”. Lech Wałęsa jest już jednak osobą, „którą dobrze zna ktoś, kogo dobrze znam”. Co innego jeśli chodzi o urzędującego w latach 1985-1989 zastępcę przewodniczącego Rady Państwa PRL, Kazimierza Barcikowskiego, któremu, i owszem, uścisnąłem dłoń osobiście.
Od Pabla Picasso, czy Le Corbusiera dzielą mnie również tylko dwa uściski dłoni, podobnie jeśli chodzi o wielkie nazwiska polskiej muzyki współczesnej, choć osoba „pośrednicząca” się zmienia. Czasami mały świat przybliża nas do osób, do kontaktów z którymi wolelibyśmy się może nie przyznawać – po chwili poszukiwań i zastanowienia okazało się, że ktoś łączy mnie z niemieckimi spadochroniarzami broniącymi Monte Cassino, a ktoś inny z synem feldmarszałka Erwina Rommla ale również ze skazanym w procesie norymberskim Baldurem von Schirachem.
Zawężone pole poszukiwań czyli brat męża siostry babci
Czytelnicy MT wiedzą, że jednym z tematów jaki najczęściej pojawia się w JPTZ jest lotnictwo wojskowe, najczęściej są to samoloty z okresu II wojny światowej. Autor zapewnia, że interesuje się historią lotnictwa dla tych samych przyczyn, dla których robi to większość modelarzy, tzn. przypomina sobie szczęśliwe czasy gdy biegał w krótkich spodenkach z samolocikiem i krzyczał „Wwrrrruuuummm, tadadada”.
Nie miałem i nie mam pilotów lub wojskowych w najbliższej rodzinie, ani wśród znajomych, więc jednym z bardziej zaskakujących faktów zdających się potwierdzać teorię małych światów było to, że przepisowe dwa uściski dłoni dzielą mnie od trzech polskich asów przestworzy, a jakby tego było mało, wszyscy trzej byli pilotami 302 Dywizjonu Myśliwskiego „Poznańskiego” w Wielkiej Brytanii w czasie II wojny światowej. Jedynym „połączeniem” kwalifikującym się do wspomnianych wyżej jakiego byłem świadomym już od dawna był mój kuzyn, kapitan Franciszek Jastrzębski. Znakomicie, to jedna z tych wojennych historii, było wielu żołnierzy, 1000 uścisków dłoni bohatera razy 100 kolejnych tego ściskanego to 100 000 jednak okazuje się, że mój „kontakt drugiego stopnia” dotyczy również innych słynnych pilotów jak pułkownik Władysław Gnyś i kapitan Bolesław Gładych. Co ciekawe, z tymi trzema pilotami należącymi w tym samym czasie do jednego dywizjonu RAF-u łączą mnie trzy różne osoby.
Władysław Gnyś, pierwszy aliancki pilot, który zestrzelił pierwszy niemiecki samolot w czasie II wojny światowej (tak naprawdę dublet, dwa Do 17 jedną długą serią) jest jedyną osobą, z którą się osobiście widziałem ale ponownie, tak jak w przypadku naszych prezydentów, nie nawiązałem kontaktu osobistego a tylko za pośrednictwem pracowników Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Było to w czerwcu 1996 roku, w czasie krótkiej wizyty pułkownika Gnysia w Polsce.
Bolesław Gładych, jeden z czołowych asów lotnictwa polskiego (14 zestrzeleń pewnych) i jeden z kilku polskich pilotów, który latał także w 61 Dywizjonie Myśliwskim USAAF był bliskim znajomym mojego wuja jeszcze z przedwojennego Korpusu Kadetów we Lwowie. Gładych nie był wtedy jeszcze ani pilotem ani tym bardziej asem myśliwskim ale wszystkich malkontentów pragnę uspokoić, bo mój wujek spotkał się ze swoim przyjacielem w latach siedemdziesiątych w Warszawie. Moja ciocia wiedziała, że wybrał się do hotelu na spotkanie z byłym majorem amerykańskich sił powietrznych, co w klimacie politycznym tamtych lat nie było tak niewinne. Wuj nie wrócił wieczorem, biedna ciocia szukała męża na milicji i w szpitalach a dwaj panowie przegadali tymczasem popołudnie i całą noc.
Franciszek Jastrzębski to, tak jak napisałem wyżej, mój kuzyn, czyli brat męża siostry mojej babci a moja mama pamięta go z okresu przedwojennego z kilkukrotnych odwiedzin. Był najstarszym wśród trzech wymienionych pilotów i chociaż na początku uczył się w Seminarium Nauczycielskim w Łomży i otrzymał dyplom nauczyciela szkoły powszechnej, tak jak mój dziadek, to już wkrótce wstąpił do Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie, a we wrześniu 1939 roku był dowódcą 132 Eskadry Myśliwskiej. W czasie Kampanii Wrześniowej zestrzelił dwa lub trzy samoloty, brał również udział w walkach lądowych, przedostał się potem zimą z okupowanej Polski przez Słowację, Węgry i Jugosławię do Francji a stamtąd do Wielkiej Brytanii. Został przydzielony do 302 Dywizjonu Myśliwskiego, w którym objął dowództwo eskadry „B”, w czasie Bitwy o Anglię zestrzelił wspólnie z innym pilotem Do 17, drugiego Do 17 zniszczył prawdopodobnie, zginął w czasie lotu bojowego 26 października 1940 roku.
No tak, ale co z tego wszystkiego wynika? Pisząc ten tekst weryfikowałem dane wśród rodziny i znajomych i bardzo szybko okazało się, że ilustracją tego dziwnego JPTZ nie musiał wcale być Hawker Hurricane Mk 1, PZL P 11c czy P 47D Thunderbolt. Mógłby to być równie dobrze słynny przedwojenny polski transatlantyk – w zasięgu jednego uścisku dłoni i jest taki model – lub amerykański prom kosmiczny – o model jeszcze łatwiej. Sięgając zupełnie niedaleko uświadamiamy sobie, że nasze miejsce w małym świecie jest unikalne, a jednym z dowodów staje się własna „pajęczyna połączeń”. Życzę Szanownym Czytelnikom znalezienia najbardziej ich interesujących kontaktów jak najbliżej – warto się rozejrzeć.
Ile to już razy przejeżdżałem obok tej laminatowej repliki Hurricane'a zatkniętej na słupie obok wjazdu na parking Imperial War Museum Duxford? Fajnie, myślałem sobie, polski dywizjon 302 w składzie „Wielkiego Skrzydła” słynnego Douglasa Badera latał z Duxford, to miłe, że o tym pamiętają ale żebym ja miał z tym coś wspólnego?
...w okresie powojennym, tutaj na Światowym Kongresie Intelektualistów w Obronie Pokoju we Wrocławiu w sierpniu 1948 roku. Była to impreza propagandowa o silnej wymowie antyamerykańskiej ale wzięło w niej udział wielu członków zachodnioeuropejskiej elity kulturalnej o poglądach lewicowych. Mój „kontakt drugiego stopnia” spotkał się jednak z Pablem Picasso osobiście w Paryżu.
Hurricane Mk 1 HA-C dzieli hangar w Duxford ze Spitfirem Mk V z polską szachownicą, nie można więc powiedzieć, żeby Brytyjczycy o nas zapominali. Do dziś nie wiem np. czy namalowanie kodów Dywizjonu 303 (RF) na Spitfire'ach występujących jako maszyny amerykańskiego ochotniczego „Eagle Squadron” w filmie „Pearl Harbour” było tylko przypadkową pomyłką scenografa czy...
Modelarska ilustracja tego JPTZ to bardzo, bardzo stary model Revella w skali 1/32. Ma jednak swoje niezaprzeczalne zalety i jest jedynym Hurricane'm w tej skali. Składał się łatwo, zaszpachlowałem tylko dziury w rurach wydechowych i zmodyfikuję je jeszcze za pomocą krótkich odcinków słomki do napojów. Wstawiłem polistyrenową przegrodę w chłodnicy, nowa piasta kółka ogonowego ma ułatwić malowanie. Forma wtryskowa przechodziła co najmniej dwukrotną przemianę z Mk 1 na Mk 2 i z powrotem.
Przeróbka formy polegała m.in. na dodaniu charakterystycznych wybrzuszeń nad okrągłymi magazynkami działek – zrobiono to bez usuwania paneli karabinów maszynowych i jakby zapomniano je usunąć przy kolejnym odkurzeniu formy, nominalnej zmianie wersji i wypuszczeniu na rynek. Ścinanie i czyszczenie nie było trudne.
Prawdziwi „szczególarze” wielokrotnie miażdżyli ten model swoją fachową krytyką ale taki „frajdysta” jak ja nie zamierza się nią stresować. Przyjrzałem się jednak w chwili przerwy planom samolotu, przyjrzałem modelowi i stwierdziłem np., że model ma prawidłowo wychylony statecznik pionowy – w lewo, o 1,5 stopnia – co samo w sobie musiało być wyzwaniem dla projektantów formy wtryskowej te czterdzieści lat temu. Ma również wcale udanie odtworzone faktury powierzchni, płótno i metalowe poszycie, układ listew na grzbiecie kadłubie jest dokładnie taki jak powinien być, itd. itp.
Kolejny etap walki o przywrócenie oryginalnego uzbrojenia. Revell „poszedł na skróty” i sugeruje zasłonięcie dużych dziur po lufach działek i wyrzutników łusek kalkomaniami, ja jednak postanowiłem je pozatykać i wywiercić nowe wyloty luf kaemów. Tylko wyloty luf, kalkomanie wyrzutników wykorzystam. Nowe reflektory zostały wytłoczone z tektury, na którą uprzednio nakleiłem samoprzylepną taśmę aluminiową – do uszczelniania rur kominowych, do nabycia w sklepach budowlanych.
Kabina została zamaskowana znaną już z JPTZ metodą – pocięta na paski taśma pakowa na podkładzie z silikonowanego papieru. Półokrągłe boczne szybki wiatrochronu to ciekawostka bo takie występowały we wczesnych maszynach, w większości maszyn RAF-u w czasie Bitwy o Anglię już raczej nie. Punkt dla szczególarzy.
Revell przygotował kalkomanie dla Hurricane'a asa Bitwy o Anglię, Rolanda Roberta Stanforda Tucka, taką samą wersję znalazłem na licznych planach i ilustracjach. Ciemnozielony polistyren poddał się po dwukrotnym pokryciu „kaczym jajem” czyli Duck Egg Blue (Humbrol 23) - to kolor spodu ale malowałem cały samolot. Najłatwiej rozpoznawalny wzór kamuflażu, najlepiej chyba udokumentowany i nawet uświęcony tradycją producenta farb modelarskich, w katalogu Humbrola to kolejne numery – 29 czyli Dark Earth i 30 czyli Dark Green. Historia farb i akcesoriów modelarskich to jedno ale Humbrol dopuszcza obecnie tylko użycie Dark Earth, drugi kolor trzeba już dorabiać mieszając farbę z czterech (!) puszek. Kto chce, niech miesza, ja tylko rozjaśnię oba kolory. Wzór kamuflażu naniesiony ołówkiem.
...otrzymał oryginalne litery z kalkomanii Revella (DT-A), tyle że poprzestawiane. Powody tej decyzji były różne, także zupełnie nieobiektywne i osobiste, dość na tym, że kolejny z moich krewnych, który przed wojną bardzo chciał zostać pilotem i byłby może latał razem ze swoim wujkiem Jastrzębskim miał na drugie imię Tadeusz. Figurka w skali 1/32 pochodzi ze znakomitego zestawu ukraińskiego Master Boxa „Słynni piloci”, w którym jedyny brytyjski pilot miał mieć żółtą kamizelkę ratunkową i psa ale wygląda w ten sposób – też zupełnie nieźle. Pasy z dziesięcioletniego już zestawu Eduarda malowałem sam bo te nowe, choć już pomalowane, są dla mnie zbyt skomplikowane. Na jasnym spodzie samolotu widać wyraźniej niż na ciemnym kamuflażu efekty malowania brudnym lakierem – szybko, łatwo, wyszło chyba nie najgorzej.
Ostatni etap pracy czyli brudzenie pastelami brudnego lakieru za pomocą zdezelowanego pędzla. Oryginalne czerwone prostokąty z kalkomani Revella miały zaznaczone wyloty luf cienką czarną kreską. Zupełnie niepotrzebnie bo to był w oryginale jednolity kawał płótna jakim te wyloty zalepiano przed startem i tylko wtedy gdy był na to czas. Pierwsze wystrzelone pociski wyrywały kawałki materiału, brzegi dziur były nieregularnie postrzępione i przypalone.
Duża prostokątna podstawka, nowy rodzaj wysokiej, kolejowej trawki, może nieco za wysokiej jak na starannie utrzymywaną murawę angielskiego lotniska. Kolor jest wynikiem moich, niezwykle zresztą prostych zabiegów, żółtobrązową trawę przetarłem kilkoma różnymi zieleniami - suchymi pastelami, potem utrwaliłem fiksatywą w spray'u.
Wypadki zaśnięcia pilota na skutek wady instalacji tlenowej lub nie włączenia musiały być na tyle częste, że samoloty otrzymały napis pod kabiną „Czy włączyłeś swoją butlę tlenową?”, był też specjalny plakat. Polskie Hurricane'y nie miały w tym okresie napisu „Poland” pod szachownicą... ale nie miały też nigdy takich liter kodu.
Tagi: model
Pozdrowienia dla autora od krewnych kpt Jastrzębskiego .