Zabawki na Dzień Taty
Zaraz, zaraz, ale na tym lotnisku byliśmy już dwa razy, czyżby autor chciał znowu opowiadać o tym, że realizatorzy Bitwy o Anglię napsocili tu bardziej niż swego czasu Luftwaffe? Nie, nie, skądże, ale zawsze skupialiśmy się raczej na samolotach i eksponatach muzealnych grzecznie stojących w hangarach, a tym razem chciałem przekazać relację z imprezy organizowanej przez tych tam, z szarego końca lotniska, czyli przez Muzeum Wojny Lądowej. Drugie „P” w PPM to w końcu „pokazy”, a Land Warfare Museum urządziło święto pojazdów wojskowych jak się patrzy, pod pewnymi względami przewyższające nawet pokazy z Muzeum Czołgów w Bovington. Co ciekawe, tak zwany „wkład własny” muzeum był dość skromny, bo z głównej hali wyprowadzono i uruchomiono (miła niespodzianka) kilka czołgów, ale najwięcej oryginalnych maszyn i bardzo ciekawych modeli – do obejrzenia na stronie internetowej MT – przywieźli prywatni właściciele.
Tak przy okazji, słowo oldtimer ma w języku angielskim zupełnie inne znaczenie, niż to się nam wydaje a jesteśmy, jak zwykle, ofiarą naszych sąsiadów, czyli Niemców. Są oni, tak jak i my, specjalistami od zaśmiecania własnego języka neologizmami „udającymi” angielski i np. handy to telefon komórkowy tylko w języku niemieckim (ang. mobile), Anglicy nie znają pojęcia wellness. Wspomniany oldtimer to po niemiecku stary, klasyczny samochód lub samolot, po angielsku zaś stary człowiek, staruszek, weteran lub ekspert. Bardzo wiekowy samochód, taki np. Morris Cowley Bullnose z 1926 roku (na zdjęciach z pokazów) to vintage car (do 1930 roku) lub veteran (najlepiej do 1919 lub jeszcze starszy), a samochody z lat 40. i 60. to classics, bo liczą sobie więcej niż 30 lat. Nie jest łatwo z tym idiomatycznym angielskim, oj nie jest.
Największym problemem tego, śmiem twierdzić atrakcyjnego PPM, jest brak wskazówek, kiedy można spodziewać się takiego pokazu w następnych latach. Dojazd do Duxford opisywany był już nieraz, nietanie bilety wstępu (16,50 GBP, na tych i wielu innych pokazach już bez dodatkowych opłat). Flying Legends zawsze na początku lipca, wiosenne pokazy lotnicze na wiosnę, czyli w maju, a jesienne jesienią, bo w październiku. Ale jak tu zaplanować oglądanie jeżdżących czołgów i dział pancernych? Trzeba zaglądać na stronę internetową muzeum (duxford.iwm.org.uk) i na początku roku sprawdzić kalendarz imprez. Samo Imperial War Museum miało trudności w ustaleniu nazwy wydarzenia opisywanego w tym PPM, bo na ulotce muzealnej z programem na 2011 rok pod datą 19 czerwca widniał „Father’s Day”, a z kolei na plakacie napisano „Boys and their toys”. W obu przypadkach chodziło o ten sam pokaz, a tatusiowie przywieźli na swoich zabawkach, czyli uzbrojonych samochodach Land Rover Defender, całe rodziny.
Wydarzenie „Chłopcy i ich zabawki” było tak naprawdę kilkoma pokazami naraz. Miałem spore trudności, żeby nadążyć z jako takim dokumentowaniem wszystkiego, dość powiedzieć, że spędziłem w Duxford cały dzień, a i tak ledwo co zajrzałem do hangarów lotniczych. Zjechały się tutaj setki samochodów i pojazdów wojskowych z całej południowej Anglii, na autostradzie M11 wyprzedzaliśmy np. pancerne auta Ferret mknące 100 km/h. Poza luksusową wystawą pojazdów – o wszystko można było zapytać, wszystko fotografować i wszędzie wchodzić, a właściciel zawsze pomagał – odbyła się parada tychże na płycie lotniska, w wielkim namiocie urządzono wystawę i giełdę modeli redukcyjnych, w American Air Force Museum trwała giełda starych książek i czasopism (widziałem tam wiele historycznych perełek w cenie 10 GBP), na wielkim gliniastym polu tuż obok muzeum ryczały i klekotały gąsienicami czołgi i transportery.
Oryginalne czołgi, świetnie, przy nich zbladły najciekawsze nawet modele redukcyjne, jednak dla mnie największą nowością i sporą atrakcją pozostały duże modele pojazdów w skali 1:6. To dziwna, ale i imponująca ewolucja rynku figurek żołnierzy w tej skali, tak krytykowanych przeze mnie niedawno „lalek”. Nie zmieniłem zdania, nie chciałbym również zajmować się wielkimi modelami Tygrysów i Shermanów – jest to zresztą zabawa nie na moje możliwości finansowe, ale zaimponowała mi sprawność mechaniczna tych pojazdów oraz widoczna „zwartość” klubu ich posiadaczy.
Na pierwszym planie kilkudziesięciokilogramowa „zabaweczka” w skali 1:6, na drugim planie zabawka w skali 1:1, bo to działo pancerne z prywatnej kolekcji, jeszcze dalej szacowny eksponat muzealny, bo ten pojazd wyprowadzono z hali Land Warfare Museum – przejechał wszystkiego 50 metrów. Trzy niemieckie działa pancerne Stug III, najlepsza chyba ilustracja pokazów „Boys and their toys”.
Zabawa w czołgi 1:6 trwa już od kilku, jeśli nie kilkunastu lat i chociaż moda na Tygrysy zdaje się nie mijać (na tym zdjęciu siedem sztuk, a było ich więcej), to na szczęście pojawili się jacyś przeciwnicy nazistowskich watah pancernych. T-34/85, IS-2, Shermany, było też sporo czołgów brytyjskich.
Klub 1:6 był bardzo aktywny, po wystrzyżonej trawie i gładkich asfaltowych ścieżkach jeździły konwoje ciężarówek i transporterów opancerzonych. Jak widać, autor PPM nie był jedyną osobą wykorzystującą okazję do zrobienia efektownych zdjęć z oryginałami w tle.
Standard malowania i wykończenia czołgów nie był zawsze tak wysoki jak w przypadku tej Jagdpanthery, ale wszystkie pojazdy funkcjonowały bez zarzutu. Mają one często zaawansowane generatory dźwięku – uruchamianie silnika, odgłos pracy ze zmianą obrotów i biegów oraz biegiem jałowym – ale w tej skali odgłos pracy metalowych gąsienic nie wymaga już elektronicznego symulowania, pisk, chrzęst i zgrzyty jak w oryginale.
Willys brytyjskiego patrolu LRDG i Bren Carrier „Szczurów pustyni” (po polsku – skoczków pustynnych), czyli 7 Dywizji Pancernej, 2 modele, które nie jeździły, a mimo to zrobiły na mnie większe wrażenie niż wataha Tygrysów i cała reszta. Staranność wykonania to jedno, ale poza tym załogi obu pojazdów niespiesznie rozglądały się wokół siebie, a dowódca Carriera podnosił do oczu lornetkę, wpatrywał się w pustynny horyzont, po czym sprawdzał coś na trzymanej w drugiej ręce mapie. Niby nic, parę serw wsadzonych pod szmaciane mundurki, a przecież mistrzostwo świata.
Żołnierze sześciokrotnie więksi od twardzieli z LRDG również pokazali, że potrafią się poruszać. Brytyjscy spadochroniarze z II wojny mieli swój obóz, ale poza tym ćwiczyli maszerowanie – przemierzali w ten sposób tam i z powrotem całe lotnisko.
„Czerwone diabły” zmotoryzowane lub przynajmniej na kołach. Składany rower spadochroniarski i trzy skuterki Excelsior Welbike z II wojny światowej, w tym jeden złożony w oryginalnym zasobniku zrzutowym. Wszystko w komplecie, jest spadochron, amortyzator, ba, standardowy uchwyt do podwieszania zasobnika, a skuterek został zamocowany zgodnie z instrukcją – tylnym kołem w kierunku amortyzatora (ziemi), żeby wstrząs przy lądowaniu był przejęty przez ramę, a nie przez słabszy widelec przodu.
Wszystkie skuterki, a było ich na tym pokazie niemało, były sprawne, jeden brał nawet udział w paradzie po lotnisku i zebrał zasłużone brawa – ciężarówki, samochody pancerne, transportery opancerzone a tu mamy... Bzzzzzz.... Welbike stoi oparty o spadochroniarskiego jee... o, było blisko, bo przecież nazwa tego samochodu jest bardzo zastrzeżona.
A tych... „ćwierćtonowych samochodów transportowych 4×4” (¼ ton truck, 4×4) było w Duxford bardzo dużo, ale prawie każdy w innej wersji, to samochód brytyjskich spadochroniarzy-łącznościowców, z przodu imponujące szpule z kablami.
Wersja sanitarna z noszami wystającymi daleko poza tył samochodu. „Ranny” jest bardzo zdyscyplinowany i trzyma nogi na baczność, zastanawiałem się, czy dojeżdżając na pokaz, właściciel demontował nosze i poszkodowanego, czy może tylko doczepiał czerwoną chorągiewkę. Jakoś nie zapytałem.
Kolejny wariant, tym razem komando-desantowo-spadochroniarski, uzbrojony w karabin maszynowy Lewis 0.303 i wyposażony w radio, a jeśli komuś mało...
... to służę wersją silniej uzbrojoną i nawet lekko opancerzoną – osłony na kaemach, pancerne szyby z pleksi i żaluzje na chłodnicy. Tutaj już nie ma żartów, półcalowy wukaem, pojedynczy i podwójny Lewis, istna „jeżdżąca forteca”.
Można też zagłębiać się w detale, oryginalny wzór „samochodu o zastrzeżonej nazwie” został opracowany przez Willysa, ale dla zrealizowania gigantycznych zamówień produkcję musiały podjąć i inne fabryki, w tym wielkie zakłady Forda.
Po śniadaniu na trawie, co prawda nagiej damy brak, ale i tej zielonej piękności można zajrzeć pod podwozie. Widzisz, tu musiałem przyspawać taki uchwyt...
Znalazł się i radziecki odpowiednik i tym razem można bez obaw napisać: GAZ-67. Prawda, wyprodukowano ich marne 100 000, więc w porównaniu z blisko 700 000 amerykańskiego oryginału to tyle co nic.
Dbałość o detale i zgodność ze... stereotypem, ale i historycznymi zdjęciami. Amerykański M3 Half-track, amerykańscy żołnierze mieli wszystkiego w bród – patrz takie filmy jak Złoto dla zuchwałych, więc i teraz należy obładować transporter skrzynkami.
Kolejny stereotyp, czyli odpowiedni obrazek na burtę, jako żywo nie przypominam sobie czegoś takiego na pojazdach, ale wygląda dobrze.
Half-truck wyremontowany i wyposażony wewnątrz i na zewnątrz. Nie ma oczywiście żadnego problemu, żeby sfotografować, co tylko się chce: „Może wyjmę tę lodówkę, żeby nie miał Pan jej w kadrze? Może chce pan wejść do środka? Może zrobić panu zdjęcie w szoferce? Wie pan, akurat ten M3 ma ciekawą historię...”.
Waga najcięższa, jeśli chodzi o samochody, angielski Scammel i oczywiście radziecki KRAZ. Gdyby trzeba było pociągnąć, popchnąć lub podnieść, to...
... też nie ma problemu. Było sporo ciężarówek remontowych, wśród nich i taki ciężki, drugowojenny wrecker.
Na pierwszym planie najstarszy chyba prywatny samochód na pokazie, pięknie odrestaurowany Morris Cowley Bullnose z 1926 roku. Taki np. Humvee (w tle) może liczyć na darmowy wjazd co najwyżej na pokazy wojskowe, i to tylko takie z udziałem pojazdów współczesnych. Właściciel tego Morrisa jest mile widzianym gościem wszystkich parad starych samochodów i pokazów starych samolotów, a wystarczy, że dolepi sobie napis „Obrona cywilna” i pasuje tu jak ulał, ba, błyszczy urokiem dawnych lat.
Od razu kojarzą mi się przyrządy silnikowe nie w kabinie samolotu, ale na osłonach silników, np. w Messerschmittcie Bf-110 lub Henschlu Hs-129. Taki wskaźnik temperatury w korku od chłodnicy jest tak elegancki i wyrafinowany, że niech się Duch Ekstazy schowa.
„Airfixowski” komplet brytyjskich ciężarówek z II wojny światowej, Bedford QL, ambulans Austin K2 i lekki Morris.
„Co za pytanie, który samochód? ! Oczywiście, że niebieski, czy James nie widzi, że jestem w mundurze?!” Osobowy Austin w barwach RAF, białe końce zderzaków i osłona na reflektor jak na czasy zaciemnienia przystało i bardzo stosownie ubrany właściciel.
Luksusowy amerykański Plymouth w barwach US Navy.
Na początku wydawało mi się, że najliczniej reprezentowanym samochodem był Willys GP i bardzo się pomyliłem, dziesiątki land roverów stały po prostu zgrupowane w długie szeregi na końcu pola.
Było ich tyle, że natychmiast przestały mnie dziwić takie tablice. Klub Lekkich Land Roverów – domyśliłem się, że krótkich desantowych wersji z aluminiowym nadwoziem, są zapewne kluby...
… land roverów klasycznych, czyli starszych, z lat 60., w tych klubach sekcje samochodów gaśniczych z lotnisk.
Za najmniej uciążliwą z uwagi na eksploatację, ale zapewne najbardziej obciążającą finansowo, należy zapewne uznać przynależność do Klubu Land Roverów Defenderów, czyli współczesnych wersji wojskowych. Wszystkie uzbrojone po zęby...
... a niektóre nawet przesadnie obładowane bronią, ale skoro Irak i Afganistan, to trzeba być przygotowanym na wszystko. Lekkie pancerzownice, M4 z granatnikami i granaty ręczne, a gdzieniegdzie wystaje kolba AK 47 i innej zdobycznej broni. Dbałość o aranżację i detal, siatki maskujące, ładownice, chlebaki i plecaki, a do tych plecaków przytroczone karimaty i blaszane kubki.
Czym skorupka za młodu nasiąknie... któraś z pociech przywieziona przez tatę jego dużą zabawką porzuciła swoją mniejszą i kolorową, ale nadal pełnowymiarową zabawkę (takie pseudo-MP5). Karygodne zaniedbanie, broń ma się przecież zawsze przy sobie i nadaje jej żeńskie imię (jak na filmie Full Metal Jacket). A gdyby nagle zaatakowali nas jasnoniebiescy talibowie i różowa Al Kaida?
Duże zabawki wypełniły ogromny plac pomiędzy budynkami American Air Force Museum i Land Warfare Museum, a wielki biały namiot był równie ciasno wypełniony...
... przez tych budujących i zbierających mniejsze zabawki.
Impreza trwała tylko jeden dzień, wśród tłumu zwiedzających i pytających trudno o skupienie, ale po to są właśnie proste modele. Młody człowiek produkował szybko (czyli fast) działa pancerne Stug III (czyli armour) w skali 1:72. Aaaa, Armourfast, niegdyś jedyna, więc niezastąpiona firma robiąca proste modele przeznaczone do wargamingu, dzisiaj osłabia ją konkurencja ze strony Italeri.
Od leciwych, ale świetnie poprawionych zestawów, jak widoczny w tle Handley Page Heyford (1:72) starego Matchboxu, po najnowsze, jak ten sklejony przed tygodniem czy dwoma Arado Ar 196 (1:32) Revella. No i oczywiście Spitfire’y, Spitfire’y...
Zestaw Airfixu z Wallace’m, Gromitem i ich samochodem z filmu The Curse of the Were-Rabbit (Klątwa królika) przerobiony na wersję wojskową przy użyciu modeliny i podwozia od Pantery Academy w skali 1:25. Pojazd jest oczywiście spadochroniarski, Wallace ma spadochroniarski beret i skórzaną kurtę komandosa. Nie wiem tylko, czy Nick Park ucieszyłby się z takiej konwersji i to pomimo nagromadzenia licznych akcentów patriotycznych?
Obok całej rodziny angielskich czołgów z I wojny światowej znalazłem jeden z ciekawszych modeli na całej wystawie, 60-funtowe (?) działo samobieżne na podwoziu gąsienicowym.
Młodzi czołgiści czekają na swoją kolej, by objeżdżać plac manewrowy w takich „działach samobieżnych” na gumowych gąsienicach. Co najdziwniejsze, pojazdy te miały silniki spalinowe, wszystko działało, a przecież młodzi kierowcy byli w oczywisty sposób zbyt zaaferowani sytuacją, by uczyć się używać jakichś tam sprzęgieł czy biegów. Kolejna rzecz, o którą zapomniałem zapytać.
Giełda książek w hangarze amerykańskim, przy takiej okazji otwiera się drzwi w wielkiej szklanej ścianie – zwykle trzeba obchodzić całe muzeum dookoła. Miłośnicy historycznych wydawnictw wojskowych i technicznych, pędźcie na Wyspy, angielskie strychy zdają się zawierać niewyczerpywalną ilość pożółkłych książek, map i gazet – angielski miesięcznik o technice lotniczej z 1943 roku z obszernym opisem P-51C i znakomitymi rysunkami kosztował 5 GBP (!).
Od góry: przejażdżki „pojazdem wojskowym” po 6 GBP, na lewo do warsztatów, po prawej tabliczka „Musisz być tak wysoki, by jeździć czołgiem”. Pan komentator namawiający przez megafony do przejażdżek informował i o tych wymaganiach: „Wzrost co najmniej 4 stopy i 2 cale, w tych dziwnych unijnych miarach to będzie metr i... metr i... no, tam jest taka strzałka na tej budce z biletami...”.
Obiecanki cacanki, na plakacie i w tekście był czołg, a jeździ się brytyjskim transporterem opancerzonym, chętni już czekają, na stole obowiązkowe hełmy i gogle dla kolejnych.
Na pierwszym planie PT-76, będzie ryczał, dymił i mielił błoto w czasie pokazów, na drugim tank riders w otwartym włazie desantowym, ale kierowca jeździł ostrożnie, by nikt nie wypadł.
A kto myślał, że tych pojazdów jest tylko tyle, ile wciśnięto na główny plac, ten uświadomił sobie pomyłkę po obejściu długiego budynku muzeum. Piękny, przedwojenny motocykl, za nim M3 Scout Car, za nim kolejny land rover, tym razem stary klasyk.
Jedna z wielu wersji i jeden z licznych ferretów obecnych na pokazach. Takie właśnie pancerne rozpoznawcze jeździdełka mknęły całą kolumną po autostradzie do Duxford i z trudem je wyprzedzaliśmy.
To nadal waga lekka, choć pojazd znacznie większy, drugowojenny amerykański M8 Greyhound. Sprawny, odrestaurowany i wyposażony na zewnątrz i...
... wewnątrz. Można oczywiście robić zdjęcia, a właściciel pomaga jak tylko umie, można pośmiać się wspólnie ze stereotypów na temat Amerykanów, którzy muszą mieć wyraźny opis, aby odróżnić karabin od telefonu i żeby nie wepchnąć jednego do dziury na drugie. Znowu zapomniałem zapytać, dlaczego kompas jest zawieszony w solidnej mosiężnej ramie? Niemagnetyczne zawieszenie ważące kilogram wewnątrz 8 ton bardzo magnetycznej stali i to wystarczało do skompensowania?
Reprezentacja gospodarzy, tym czołgom naprawdę dobrze zrobiło wyprowadzenie na świeże powietrze, ja teoretycznie pamiętałem, że Land Warfare Museum miało w kolekcji Crusadera, ale teraz jakbym zobaczył go pierwszy raz w życiu, stojący na co dzień w ciemnej hali Sherman będzie ryczał, zgrzytał i dymił na pokazach czołgów. W tle nowy, czyli jeszcze nietknięty ręką konserwatora zabytek, ciągnik siodłowy Scammel w swoim oryginalnym malowaniu. Rdza na dachu, ale w kabinie, na kanapie i podłodze jakieś papiery i wyposażenie, niewykluczone, że tak tam leży od chwili odstawienia maszyny pod płot w jakiejś bazie RAF te 50 lat temu.
Prywatny Stug III, za nim Stug III muzealny, czyli dwa bardzo różne pojazdy, bo Muzeum Wojny Lądowej jest częścią Imperial War Museum Duxford, to znaczy muzeum narodowym, czyli instytucją państwową, a prywatne posiadanie czołgów i dział pancernych oraz zamków i posiadłości bardzo boli, gdy przychodzi płacić podatki. Prywatny Stug III jest zatem własnością SdKfz Military Vehicle Foundation, czyli charity czyli, hm... organizacji charytatywnej, której celem „jest edukowanie społeczeństwa w zakresie historii (...) i utrzymywanie historycznych pojazdów”, w Polsce chyba najbliższym jest pojęcie organizacji pożytku publicznego.
Nie wiem, czy Fundacja Pojazdów Wojskowych SdKfz może dostawać odpisy od angielskich podatków, ale na pewno sama ich nie płaci i może przyjmować darowizny. Poznałem kiedyś angielskiego lorda, który wobec perspektywy zapłacenia kilku milionów GBP podatku za remont dachu przekształcił prywatny pałac w charity, które edukowało w zakresie historii tegoż budynku, więc te i przyszłe remonty miał za darmo i bez podatków, chociaż musiał wpuszczać zorganizowane grupy turystyczne do części pałacu. Pracownicy „organizacji charytatywnej” przymierzają swój młot do muzealnego Stuga – pewnie chcą dorobić uchwyt przy swoim.
Pięknie odrestaurowany wojskowy Morris Commercial z końca lat 20., za nim czeski OT-810, w którym wszyscy oczywiście chcą widzieć niemieckiego SdKfz 251.
Wszyscy wiedzą o tym, że sprzedaliśmy czołgi naiwnym Malezyjczykom. Wszyscy wiedzą, że dzięki wojnie w Libii Europa ma szansę odgryźć większy kawałek zbrojeniowego tortu zjadanego do tej pory głównie przez USA i Rosję, ale niewiele wiemy poza tym o handlu bronią na świecie. Armia brytyjska podarowała Duxford tę brazylijską wyrzutnię rakietową zdobytą na Irakijczykach w czasie pierwszej I wojny w Zatoce Perskiej (1990–91). MLRS Astros II, ten wieloprowadnicowy system rakietowy jest ciekawy o tyle, że można go ładować kontenerami rakiet o kalibrach 30, 40 lub 60 mm.
Ekrany przeciwkumulacyjne (Schürzen) zostały wynalezione przez Niemców, oni też pod koniec wojny zamienili pełne metalowe płyty – przez które nic a nic nie widać – na ramy z naciągniętą metalową siatką (Thomma Schürzen). Wynalazek powrócił do łask w Wietnamie, już w postaci bar armour, czyli osłon z prętów chroniących pojazdy i małe okręty (!) przed pociskami z RPG-7. Takie same i nowsze pancerzownice były i są powszechnie stosowane przeciwko wojskom koalicyjnym w Iraku i Afganistanie, więc bar armour staje się szybko standardowym wyposażeniem pojazdów patrolowych. Brytyjski transporter Saxon Patrol w wersji CP (convoy protection), służył w okolicach Kabulu do stycznia 2010 roku, po przekazaniu do Duxford z kątów wymieciono sporo łusek kal. 7,62 mm.
Czas zająć stanowisko przy płocie „poligonu”, na szczęście dla widzów deszcz padał przez kilka poprzednich dni, bo zwykle czołgi wzniecają tu wielkie chmury kurzu.
Transporter opancerzony Saracen, kojarzony przez większość, zwłaszcza w tym malowaniu, z konfliktami w Irlandii Północnej w latach 70. i 80. Wszedł do produkcji w 1952 roku, bo był bardzo potrzebny... na Malajach. Kto miał dużo terytoriów zależnych, kolonii i dominiów, ten ma potem dużo kłopotów z wycofywaniem się z nich.
Większość pojazdów pancernych uczestniczących w pokazach jazdy terenowej stanowiły maszyny radzieckie, widocznie najłatwiej je uruchomić, jest ich też tutaj bez liku. Na zdjęciu SO-152 „Akacja”, samobieżna haubica kal. 152 mm, poza nią jeździły czołgi PT-76, T-55 i T-34/85, czołgi inżynieryjne i transporter MTLB.
„Niemal Sdkfz 251”, czyli OT-810 i kompetentny oraz bardzo zabawny komentator imprezy.
Brytyjczycy chcieli zbudować pojazd podobny do niemieckiego Geparda. Podwozie starzejącego się Chieftaina wykorzystano do zabudowy wieży systemu obrony przeciwlotniczej Marksman, z radarem Marconi i dwoma działkami szwajcarskiego Oerlikona kal. 35 mm. Jedynym użytkownikiem systemu jest armia fińska, która kupiła siedem sztuk, ale na podwoziach polskich T-55AM, prototyp trafił do Duxford.
Jeśli w zachodnim muzeum lotniczym widzimy Miga-15, to jest to najczęściej LIM-2 z Krakowa, jeśli na zachodnich pokazach jeździ T-34/85, to prawdopodobnie także pochodzi z naszego kraju. Obowiązkowe napisy cyrylicą na wieży, szkoda, że takie same i kaligrafowane od szablonu po obu stronach. Dobrze że ten, kto kopiował te znaki ze Wschodu, robił to starannie, choć już nad jo we wpierjod zabrakło kropek.
Występ Shermana, podobno obecnie jedynego jeżdżącego egzemplarza w Wielkiej Brytanii. Załogi poprzednich maszyn występowały „po cywilnemu” i w odblaskowych kamizelkach, ci „duxforczycy” przebrali się i założyli czarne berety z odznakami. Tagi:
muzeum,
samochód,
samolot,
zabawka
rewelacyjne, zabawne i pełne erudycji komentarze! Dziękuję
Co za wiadomość w grudniowym MT! Pan Alvar Hansen nie żyje! Jak szkoda, tak pięknie i zajmująco pisał… Wielka strata dla Młodego Technika. Cześć Jego pamięci!