Mój szwedzki przyjaciel udowodnił kiedyś w sposób najdobitniejszy i ostateczny, że najciekawsze miejsce na Ziemi znajduje się dokładnie tam gdzie sami postanowiliśmy je umieścić. Dowód swój przeprowadził w ten sposób, że przez kilka kolejnych lat przyjeżdżał na spotkania modelarskie do Muzeum Morskiego w Bremerhaven i wygłaszał krótki referat historyczny na temat jakichś wydarzeń a wszystkie one działy się na wielkiej wyspie, na której mieszka czyli na Gotlandii. Stu kilkudziesięciu uczestników spotkania, w tej liczbie i autor PPM zawsze słuchało jego opowieści z zapartym tchem i biło brawo aż bolały ręce. Wszystko co opowiadał dotyczyło zawsze Gotlandii, w każdej opowieści pojawiali się słynni lub niesławni bohaterowie, większość była powiązana z morzem i historią Niemiec – w końcu spotykaliśmy się w niemieckim porcie, wszystko były solidnie udokumentowane i tak przedstawione, że zapadało w pamięć.
Był w tych opowieściach niemiecki stawiacz min „Albatros” z czasów I wojny światowej, który wyrzucił się na brzeg neutralnej wyspy, by uniknąć zatopienia przez rosyjską eskadrę pancerną. Jego marynarze pochowali poległych towarzyszy, zostali internowani, poszli pracować na roli pomagając gotlandzkim farmerom, ale jeździli też na urlopy do ojczyzny gdzie spotykali przyjaciół idących na śmierć w okopach Wielkiej Wojny. Sami nie musieli i nie mogli, bo trzeba było wracać doglądać marchwi w polu, ale w ramach uprawianej satyry politycznej zrobili z gotlandzkiego śniegu bałwana w pickelhaubie i z charakterystycznymi wąsami Wilhelma II. Mój przyjaciel wyświetlił zdjęcie ilustrujące ten ostry protest a uczestnicy spotkania, panowie po pięćdziesiątce i emerytowani inżynierowie turlali się po podłodze z radości.
Był też as niemieckiego lotnictwa i premier III Rzeszy, niejaki Hermann G., który w okresie międzywojennym latał jako pilot komunikacyjny z Niemiec na Gotlandię, jego Dornier Wal lądowała o 300 metrów od miejsca, na którym stoi dom mojego przyjaciela a sam Göring miał domek letniskowy o tam, 500 metrów w bok.
Był najstarszy (IX-X wiek? ) rysunek na świecie dokumentujący użycie steru zawiasowego, wyskrobany dość niedbale na belce stropowej w gotlandzkim kościele. Było najważniejsze zimowe kotwicowisko szwedzkiej floty używane nieprzerwanie od czasów wojen szwedzkich aż do lat siedemdziesiątych, o tam, na zatoce, był też największy srebrny skarb Wikingów jaki kiedykolwiek znaleziono, to z kolei z drugiej strony miasta, jakieś 20 minut spacerem. Była II wojna i pijany kapitan radzieckiej łodzi podwodnej, który „musiał sobie coś strzelić” więc zatopił wyraźnie oznakowany i oświetlony neutralny prom – taki szwedzki „Titanic”, była i zimna wojna i średniowiecze.
Najciekawszym miejscem na Ziemi w tym PPM będzie Bremerhaven. Wiem, powinienem pisać o kolejnym muzeum, jak dojechać i czy warto się trudzić, tym razem jednak chcę polecić kilka miejsc naraz. Opis będzie zdawkowy, nieco zdjęć i informacji na temat samego Muzeum Morskiego (http://www.dsm.museum/) jak zwykle na płycie CD. Mieszkańcy „portu Bremy” (powinno pisać się „hafen” ale to historyczna, holenderska naleciałość) mogą mieć mi za złe ale wszystko co moim zdaniem warto obejrzeć w tym mieście znajduje się na długim nadbrzeżu od wejścia do starego portu aż po gigantyczny terminal kontenerowy. Będzie to raczej spacer z wymienianiem atrakcji i krótkimi wizytami, od razu chcę też zareklamować nabrzeże jako miejsce gdzie wszyscy członkowie rodzinnej wyprawy mogą wybrać coś najbardziej atrakcyjnego dla siebie i spotkać się potem w jednym miejscu.
Ruszamy więc z biegiem Wezery w stronę morza: najbardziej techniczne, ale ciekawe i dla reszty rodziny, wspomniane Muzeum Morskie na początku, naprzeciwko w starym basenie portowym kilkanaście historycznych statków i okrętów, w tym tak imponujące jak żaglowy bark „Seute Deern” lub unikatowe jak statek wielorybniczy „Rau IX”, czy jedyny zachowany na świecie U-boot typu XXI. Zwiedzanie jednostek i samego muzeum może zająć cały dzień a zdecydowanie niezainteresowanym polecam kolejną, najnowszą i ultranowoczesną atrakcję nabrzeża czyli Klimahaus. „Dom Klimatów” jest nietani ale warty wizyty, bo oferuje „podróż dookoła Ziemi po jednym południku” czyli przejście przez kilkanaście pomieszczeń odtwarzających krajobrazy i warunki klimatyczne panujące na różnych szerokościach geograficznych. Niedaleko od Klimahaus i centrum handlowo-rozrywkowego znajduje się Dom Emigrantów, czyli muzeum poświęcone emigracji ludności z wielu krajów europejskich do USA a jeszcze dalej ciągną się kolejne baseny starego portu. Można w nim zobaczyć historyczne statki, tym razem jednak nie są to jednostki muzealne, „które zawinęły już do ostatniego portu” lecz takie, które nadal pływają po morzach. No tak, może nie po oceanach ale po Morzu Północnym i Bałtyku na pewno.
Miasto, nabrzeże i baseny portowe chronione są przed kaprysami natury wysokim wałem i systemami śluz. Spacer wzdłuż wielokilometrowego wału to wyprawa sama w sobie, bo „leci się” nad okolicą na wysokości kilku- kilkunastu metrów. Idąc w kierunku morza widzimy po prawej miasto wraz ze wszystkimi atrakcjami, a po lewej rzekę i jej ujście, czyli dość ruchliwą drogę morską do Bremy. Widoczny po lewej samochodowiec płynie z Bremerhaven, poza terminalem kontenerowym jest tu też port z dziesiątkami tysięcy miejsc parkingowych na eksportowane i importowane samochody. Platforma wiertnicza jest oczywiście holowana wzdłuż wybrzeża, takie monstra nie zmieściłyby się na Wezerze, masowiec po prawej jest mniej więcej największą jednostką jaka może dopłynąć do Bremy.
Okrągła dziura po lewej to przejście na wał, budynek to Muzeum Morskie. Poza historycznymi statkami i okrętami zacumowanymi w muzealnym basenie oraz mniejszymi jednostkami ustawionymi na lądzie muzeum prezentuje ciekawostki jak ten komin rudowca „Otto Hahn”, jednego z zaledwie czterech statków handlowych na świecie jakie były napędzane energią atomową. Zwodowany w 1964 roku, jego pierwszym kapitanem był słynny niemiecki as U-bootów z II wojny, kapitan Heinrich Lehmann-Willenbrock, statek pływał „na jednym zatankowaniu” przez 4 lata (1968-72) pokonując pół miliona kilometrów na 22 kilogramach uranu – to na objętość dużo mniej niż pół pudełka po butach. Reaktor zdeaktywowano w 1979 roku, w 1983 statek zaczął pływać napędzany klasycznym dieslem, złomowany zupełnie niedawno, w 2009 roku w... łatwo zgadnąć, w Alang w Indiach.
Sala konferencyjna muzeum wypełniona może nie po brzegi, ale to duża sala. Średnia wieku, stopnia owłosienia głowy i koloru włosów niemieckich modelarzy lepiących statki z papieru bliska autorowi PPM. Przemawia inicjator spotkań, emerytowany już niestety wicedyrektor muzeum, dr Stölting, same referaty bardziej lub mniej ciekawe...
...chyba, że opowiada jedna z gwiazd zlotów, mój szwedzki przyjaciel Gunnar Sillen. Tutaj jego stół z dość niepozornymi, wydawałoby się, modelami. Od lewej na górze, wyrzucony na brzeg „Albatros”, obok szwedzki torpedowiec, domki letniskowe i łódź latająca Dornier Wal, poniżej rząd modeli promów jakie wypływały i wypływają (ten duży) z Visby na Gotlandii - ofiara radzieckiej łodzi to ten z prawej. Po lewej na dole interpretacja modelarska wspomnianego w tekście pierwszego rysunku łodzi ze sterem zawiasowym - na tacce ze stołówki z piękną bo morską mapą wschodniego wybrzeża Szwecji wraz z Gotlandią.
Świat jest naprawdę mały, bo wśród modeli pokazywanych przez dwa dni w roku w niemieckim muzeum można zobaczyć polski model rosyjskiego windjammera „Kruzensztern” a potem...
...pójść na spacer i w basenie starego portu obejrzeć goszczący tu oryginał. „Kruzensztern” to statek szkolny, szkoła ma przeważnie sporo uczniów i w chwilach wolnych od zajęć wypuszcza ich na swobodę, a Bremerhaven nie jest wielkim miastem – bluzy rosyjskich kadetów marynarki widziało się co krok. W tle widoczna „Ubena von Bremen”, jedna z dwóch znanych mi replik Kogi Bremeńskiej, imponujący wielkością i stanem zachowania oryginał do obejrzenia w muzeum.
Kolejny regularny uczestnik kwietniowych spotkań, mój brytyjski znajomy David Hathaway, projektant i wydawca niewielkich ale szczegółowych modeli w skali 1/250 – to te z lewej strony, jedyne co sam odważyłbym się zlepić, to może któraś z latarń morskich. Interpretowane przez niego oryginały muszą być niekoniecznie podobne do statku czy okrętu ale za to z ciekawą historią. Papershipwright czyli, hm... Papierowy Stoczniowiec wydaje albo niewielkie jednostki pancerne z okresu wiktoriańskiego albo współczesne dziwolągi, moim ulubionym modelem jest całkiem zwyczajnie wyglądający mały tankowiec, który zbudowano w latach sześćdziesiątych... by wywozić na pełne morze nieczystości z jednego z brytyjskich miast portowych. Załadowany statek płynął 24 godziny w jedną stronę i tyleż samo, już pusty, w drugą a spora powierzchnia pokładu umożliwiała zabieranym przy okazji pasażerom rozstawienie leżaków i ćwiczenia sportowe. Rozkoszowanie się niezbyt długą – w końcu trzeba kiedyś pracować – i niezbyt kosztowną podróżą morską stało się ulubioną rozrywką klas średnich i niższych a to, że statek w jej trakcie robił na środku morza duże g... Pewnie wypompowywano zbiorniki w nocy.
Kolejny ciekawy choć niepiękny model Papierowego Stoczniowca, http://www.papershipwright.co.uk/index.shtml, monitor rzeczny „Melik” z Nilu z okresu brytyjskiej ofensywy przeciwko powstaniu mahdystów w 1898 roku. Staś Tarkowski i Nell Rawlinson uciekli okrutnym derwiszom a potem przyszedł brytyjski generał Kitchener i rostrzelał uzbrojonych w dzidy powstańców artylerią i ogniem broni maszynowej. Liczące łącznie około 25 000 ludzi oddziały brytyjsko-egipsko-sudańskie straciły w czasie całej kampanii 700 żołnierzy wybijając połowę z liczącej ponad 60 000 ludzi armii powstańczej.
Muzeum ma wiele sal i wspaniałych eksponatów... których tu nie pokażę, także dlatego, że od dwóch lat nie pozwala się tam na fotografowanie. Oryginał miniaturowego okrętu podwodnego „Seehund” dominuje nad miniaturowymi papierowymi transatlantykami.
Wystawa dotycząca II wojny światowej jest poza tym raczej skromna, kilkanaście dużych modeli i oczywiście Enigma, na dalszym planie stoły modelarzy a na nich może się również znaleźć...
... papierowa Enigma, tutaj w niezbyt dobranym towarzystwie egipskich bóstw i piramidy Cheopsa. Kartonowa piramida chyba nie ostrzy żyletek, w kodowanie wiadomości papierową maszyną szyfrową też bym raczej nie uwierzył ale jeden z uczestników spotkań przywiózł kiedyś całkowicie papierowe, automatyczne organy programowane wstęgą z dziurkami. Jedną ręką napędzał papierowe miechy, drugą kręcił korbą przesuwającą taśmę i organy zagrały całkiem udatnie, tyle że zagłuszył je wybuch śmiechu publiczności.
Nie pokażę pięknej i smutnej wystawy o polowaniach na wieloryby, nad którą unosi się żałobny śpiew płetwali, nie pokażę fajnego działu dotyczącego technologii budowy kadłubów i przykładów wyposażania okrętowych wnętrz, nie pokażę żaglow... ale pokażę ten piękny basen do puszczania dużych modeli na radio w podziemiach muzeum. Na suficie konstelacje świateł a gładka powierzchnia wody otoczona gablotami z modelami stoczniowymi zdaje się sugerować, że to stół w sali narad jakiegoś potężnego towarzystwa żeglugowego.
Kolejny mały przykład dużej kolekcji, sztuka inspirowana morzem, statkami i marynarzami jest obecna w całym muzeum, jest tu też niewielka ale dobrze zestawiona galeria takich właśnie obrazków, małych rzeźb, porcelany i innych przedmiotów.
Spotkania modelarskie odbywają się w weekend, wtedy też do muzeum może zawitać chór, śpiewający przy wtórze orkiestry składającej się z kilku harmonii, wszystko na pokładzie bocznokołowca „Meissen”. No tak, raczej sporego fragmentu bocznokołowca, a dokładniej śródokręcia z maszynownią, „zacumowanego” na stałe we wnętrzu muzeum. Koncertom przysłuchują się...
...bardzo imponujące, namalowane na złotym tle personifikacje kontynentów, tutaj stara królowa Azja, dzieła ocalone i przeniesione do muzeum z siedziby któregoś z wielkich towarzystw okrętowych.
Jednym z ważnych tematów pokazywanych w muzeum jest historia niemieckiego ratownictwa morskiego. Kuter „Hans Lüken” na wewnętrznym dziedzińcu muzeum i...
...bardzo ciekawy, unikalny półgąsienicowy pojazd transportowy do przewożenia zestawu rakietowego i pontonu ewakuacyjnego na plażę. Znawcy niemieckiego sprzętu pancernego bez trudu rozpoznają przebudowany ciągnik artyleryjski SdKfz 11.
Widok z górnych galerii na kolekcję klasycznych kajaków i łodzi, na parterze zaaranżowany warsztat szkutniczy.
To zdjęcie zdaje się nie różnić zbytnio od pierwszego ale najistotniejszą zmiana jest poziom, z którego zostało zrobione. Jesteśmy o dobre dwa piętra wyżej niż deptak na szczycie wału przeciwpowodziowego, w restauracji muzeum i jest to miejsce, które mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim miłośnikom statków. Jadłospis nie jest może zbyt wyszukany ale i ceny nie są tak wygórowane a warunki do obserwacji ruchu na Wezerze wprost idealne. Sytuacja na zdjęciu jest jednak inna niż zwykle bo ten statek będzie wprowadzany przez relatywnie wąskie wejście portowe na południe od muzeum. Komicznie wyglądający drugi holownik, ten „ciągnięty” za rufę będzie absolutnie konieczny do manewru odbywającego się w poprzek nurtu rzeki.
Trzy chyba najciekawsze zabytki w muzealnym basenie portowym,w kolejności od najbliższego: parowy statek wielorybniczy „Rau IX”, holownik oceaniczny „Seefalke” i U-boot typ XXI. Płaci się niewielki grosz za wstęp na pokłady i pod pokłady, cena wstępu jest też wliczona w bilet muzealny a bardzo warto – każdą jednostkę można zwiedzać od maszynowni po kambuz i mostek, wszystkie są znakomicie utrzymane.
„Seefalke” ma prosty dziób i spory komin więc wszystkim kojarzy sie raczej ze statkiem parowym, tymczasem w maszynowni stoją obok siebie dwa potężne diesle.
Jasnoszary kolor był i nadal jest najlepszym kamuflażem dla naszych szerokości geograficznych, Bałtyku, Morza Północnego i Północnego Atlantyku. Alianckie niszczyciele działające pod koniec wojny na tzw. Podejściach Zachodnich Wysp Brytyjskich (Western Approaches) były pomalowane na biało by w widoku od dziobu nie dostrzegł ich atakowany nieprzyjaciel i miały ciemnoszare rufy, by w nie ktoś nie wjechał. U XXI miał tak właśnie wyglądać na morzu czy raczej nie wyglądać, bo przecież niewiele widać choć okręt stoi tu bez setek ton ołowiowych akumulatorów - powinien być zanurzony aż do widocznego podziału kolorów. Na lewo masywna burta trójmasztowego żaglowca „Seuthe Deern”, mała sylwetka na prawo to pomnik Krzysztofa Kolumba – stoi na końcu kładki prowadzącej do centrum handlowego po „tamtej”, czyli mniej atrakcyjnej stronie wody.
Moje dwa dni w Bremerhaven rozpoczynam zawsze od wizyty w starym porcie, tym w górę rzeki i miejsce to polecam również jako początek wspominanego spaceru wzdłuż wału. Słup po prawej stronie to charakterystyczna wieża widoczna z każdego punktu w mieście i daleko poza nim, w nocy oświetlana zmieniającym kolory światłem. Błyszcząca nowością „Stara Wezera” to stateczek stawiający i obsługujący boje – składowisko z tyłu, w porcie można obejrzeć jednostki pilotowe, straży granicznej, ratownictwa morskiego, małe holowniki, barki, jachty i wszelki „drobiazg”, Bremerhaven nie jest już jednak od dawna portem rybackim.
Ta „latarnia morska” to tylko światło lewej główki starego portu i trudno o zabawniejszy kontrast pomiędzy obydwoma światłami, bo zielone jest szkieletową stalową wieżyczką z masywną obudową lampy na szczycie – także ma swój urok.
Ładnie pomalowany, to prawda, ale żeby stawiać zwykły wagon towarowy na środku deptaka? Przez ten deptak przechodziły niegdyś tory na nabrzeże i wagon stoi na zachowanym fragmencie jednego z nich, w środku małe kino, rodzaj informacji turystycznej o mieście.
Kogę Bremeńską odkryto w latach siedemdziesiątych w czasie powiększania portu w Bremie. Znakomity stan zabytku zawdzięcza się temu, że nowa jednostka została zabrana przez powódź ze średniowiecznej stoczni i po zatonięciu szybko pokryła się mułem nanoszonym przez rzekę. To oczywiście „tylko” jedna z replik, wspominana już „Ubena z Bremy”, jednostka dopuszczona do rejsów morskich (nawet podobno do 4-5 węzłów z wiatrem) ale z tego samego powodu przy oglądaniu z bliska mało już przypomina średniowieczny statek. Musi mieć automatyczne tratwy a to takie wielkie, plastikowe beczki, musi mieć ileś tam zamykanych drzwiami pomieszczeń dostępnych z pokładu.... Identyczna z wyglądem zewnętrznym oryginału druga kopia kogi, „Roland z Bremy”, wszystko z dębu, można kręcić filmy o potędze Hanzy, do obejrzenia w samej Bremie ale nie radzę zaglądać pod pokład i poniżej linii wodnej – to taka wycieczkowa atrakcja miasta, maszt kładziony i podnoszony hydraulicznie, napęd elektryczny, dwa pędniki Voith-Schneidera, bloki akumulatorów. W tle za „Ubeną” port jachtowy oraz wspominany w tekście, baloniasty budynek „Klimahaus”, nad nim biurowo-hotelowa wieża, na szczycie bardzo fajny taras widokowy z wieloma poziomami, całe Bremerhaven aż po terminal kontenerowy jak na dłoni.
Historyczne jednostki ale wszystkie nadal z patentami na rejsy morskie. Lodołamacz „Wal” czyli wieloryb, holownik „Goliath” i pilotówka „Kwarantanna”. Ta ostatnia nazwa jakoś źle mi się kojarzy, chyba przede wszystkim z zakazem schodzenia na ląd dla spragnionej rozrywek załogi dopóki pomocnik kucharza nie pozbędzie się swoich pryszczy.
Bremerhaven ma swoje małe ale bardzo ładne ZOO. Jest maleńkie, bo musiało zmieścić się w opisywanej „strefie atrakcji”, czyli w pasie pomiędzy basenami portowymi a Wezerą. Wybieg dla dwóch niedźwiedzi polarnych zajmuje chyba ponad połowę powierzchni ale ZOO jest wielopoziomowe, np. pod częścią tego terenu jest ukryta wielka pieczara dla małp a misie mają jeszcze...
... duży basen z wielkimi oknami, przez które można oglądać ich podwodne harce. Inna to rzecz, że nie bardzo im się chce pływać i nurkować ale wskakują chętnie w czasie karmienia – tylko raz dziennie, bodaj o 16.00, godziny karmienia różnych zwierząt napisane na karteczce przy kasie, warto to brać pod uwagę przy planowaniu dnia.
No cóż, „to se ne vrati”, bo zdjęcie zrobiłem w 2004 roku ale dowodzi ono, że warto zajrzeć i do dalszych zakamarków wielkich basenów portowych, bo zdjęcia tam zrobione mogą być nie tylko portretami najsłynniejszych liniowców świata (jest ich coraz mniej) ale również świadectwem ich dramatycznej historii. SS Norway, ex- SS France, jeden z najsłynniejszych transatlantyków świata wszystkich czasów, stał w Bremerhaven od sierpnia 2003 do maja 2005 roku, bo wtedy dopiero jego właścicielowi udało się oszukać niemieckie władze co do powodu przebazowania. Statek przetrzymywany był na podstawie Konwencji Bazylejskiej gdyż podejrzewano, że skierowany będzie do najzwyklejszego złomowania gdzieś w Afryce lub Indiach a przy jego budowie użyto wielkich ilości azbestu i musiałby być „dezaktywowany” wielkim kosztem przez specjalistyczne firmy. Transatlantyk wyszedł z Bremerhaven na holu „na naprawy w Azji” a skończył rejs rozebrany przez „ludzkie mrówki” w Alang w Indiach. Sic... lub może raczej QED czyli co było do udowodnienia.
Pożegnanie z miastem i jego atrakcjami przy muzealnym basenie portowym, na pierwszym planie „Seute Deern”, na drugim latarniowiec „Elbe 3”. Tagi:
model,
muzeum,
statek